„Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” i „Dobry, zły i brzydki”.

Trzy bardzo dobre westerny. Oprócz Giana Marii Volonte, trzej pierwszoplanowi aktorzy, z Clintem Eastwoodem na czele są amerykanami. Włoski reżyser, ani jedno ujęcie nie nakręcone w żadnym z zachodnich Stanów USA (głównie Hiszpania i Włochy), wyłącznie europejska produkcja.

Mimo przytłaczającego pierwiastka europejskiego, te filmy są jednymi z najważniejszych w historii gatunku. Spróbujmy odpowiedzieć dlaczego.

Aktorzy. Uważam Clinta Eastwooda z jednego z najlepszych aktorów w historii kina. Jego nazwisko zazwyczaj mi wystarczy. Dochodzą tu jednak wspaniałe kreacje Lee Van Cleefa, Eliego Wallacha i Giana Marii Volonte, które tchnęły odrobinę nieśmiertelności przez stworzone postacie rewolwerowców. Bezimienny najemnik z narzuconym ponczo i skrętem (Eastwood) czy zły łowca nagród (Van Cleef) stali się symbolami tego gatunku kina. Idealnie pasują do klimatu spaghetti westernu dzięki prostemu, nieco komiksowemu ujęciu, z jasnym podziałem na dobrych i złych bohaterów.Reżyseria. Filmy te mają prawie 50 lat. Dzięki wkładowi Sergio Leone nie tracą nic ze swojego uroku. Przede wszystkim dzięki prostej, nieskomplikowanej historii, przyjemnej w odbiorze zarówno dla dzisiejszego widza, jak i jego dziadków dawno temu. Sergio nie spieszy się z narracją. Spokojnie pokazuje krajobrazy, zbliżenia na mimikę twarzy (jest to chyba jego znak firmowy), powoli ukazując bohaterów i opowiadając historię świata, którego już nie ma. Będą strzelaniny, wybuchy i pościgi, ale odpowiednio dawkowane. Co ważniejsze, mimo starczego wieku produkcji, wszelkie efekty „dynamiczne” całkiem przyjemnie ogląda się dziś, w XXI wieku. Ba, przyznaję, że wiele ze scen ogląda się przyjemniej niż wiele współczesnych przepakowanych akcją filmów. Dziś poza scenami akcji nie znajdziemy tam nic ciekawego – a w filmach Trylogii – wszystko jest ważnym elementem całości. Nie kusi, aby przewinąć film minutę do przodu. Nie ma nawet wymuszanych, przegadanych kwestii.

Akcja toczy się powoli, systematycznie kierując się ku finałowi – a nią zawsze będzie legendarny pojedynek rewolwerowców.Muzyka. Należy oddać pokłon Enniemu Morricone. Główne motywy „Dobrego, złego i brzydkiego” czy „Za garść dolarów więcej”, charakterystycznie gwizdane, zna chyba każdy, choćby nie widział tych filmów. Do filmów skomponował także takie arcydzieła jak „Gorączkę złota”.

Te trzy elementy, złożone razem są siłą tych filmów-staruszków. Myślę nawet, że gdyby je zremasterować do jakości HD z powodzeniem zarobiłyby jeszcze raz na siebie w kinie (jak Mroczne Widmo z Gwiezdnych Wojen, a niedługo znów będziemy oglądać klasyki oryginalnej trylogii z Vaderem i Lukiem z lat ’70 ). Wszystko to jednak jest niczym w porównaniu do wielkich finałów każdego z tych filmów. Tak, każdy z nich ogląda się świetnie, a nagrodą jest zawsze doskonałe zakończenie – z najgenialniejszym pojedynkiem na koniec „Dobrego, złego i brzydkiego”.

PS. Kolejny western Sergio, Pewnego razu na Dzikim Zachodzie, jest zupełnie inny. Też dobry film, o wiele większym budżecie. Eastwooda zastąpił Charles Bronson z harmonijką, a opowieść toczy się wokół legendy Dzikiego Zachodu, czyli budowania transkontynentalnej kolei. Film jest o wiele bardziej „amerykański”. Kto obejrzy, ten zrozumie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *