Pocztówka z Afryki 7: No man’s land |

Ponad dwie doby zajęło mi dojechanie do granicy mauretańskiej, a przez prawie cały ten czas byłem w drodze. Jeszcze tylko kontrole paszportowe w marokańskim posterunku na południowej granicy Sahary Zachodniej, przedostanie się przez kilkumetrowy pas ziemi niczyjej i zdobycie wizy umożliwiającej wjazd do Mauretanii.

Odprawa u marokańskich pograniczników jest w miarę bezproblemowa. Kilka razy trzeba powtarzać, co się robiło w Maroku i po jaką cholerę jedzie się do Mauretanii (przecież w Maroku ładniej), parę razy zostać odnotowanym w zeszycie wjazdów i wyjazdów z kraju i voila, droga wolna.

Tuż za granicą, dosłownie parę metrów za bramą, po obu stronach drogi siedzą grupy owiniętych w dziwne szaty cinkciarzy. Good price, każdy zapewnia.WP_000067

Ziemia niczyja

Ale to nie oni są główną atrakcją wieczoru. Pomiędzy południową granicą marokańską (Sahara Zachodnia) a granicą mauretańską rozciąga się kilkukilometrowy pas ziemi niczyjej. Od czasu wojny marokańsko-mauretańskiej o Saharę Zachodnią oba państwa utworzyły między sobą bufor bezpieczeństwa, każde ze swojej strony usypało wał z piasku i wysłało swoich żołnierzy do pilnowania sąsiada, żeby, nie daj Boże, być gotowym, gdyby tylko mieli zamiar zrobić coś głupiego.

Aby skutecznie wybić z głowy przeciwnikom wszelkie głupie pomysły, każde z państw hojnie obsypało pas ziemi niczyjej minami przeciwpiechotnym. A że było to już dawno temu, nikt za bardzo nie pamięta, gdzie te miny dokładnie są, a gdzie z pewnością ich nie ma i przejście jest bezpieczne. Przemytnicy mają zapewne swoje utarte szlaki w miejscach, których nikt nie pilnuje, ale taki ich zawód, że raczej swoimi sekretami się nie podzielą.

DSC01718

Dla zwykłych ludzi, którzy kursują pomiędzy Marokiem, Saharą Zachodnią i Mauretanią – czy to w interesach, czy aby odwiedzić bliskich – jest jedna droga pomiędzy posterunkami granicznymi. Ciężko ją przeoczyć,  bo szlak na kamienistym no man’s land jest wyznaczony wrakami samochodów, ciężarówek, starymi oponami i porzuconym sprzętem elektronicznym. Granice szlaku wyznaczają wraki. Nie ma tutaj żadnej nawierzchni, nawet ubitej drogi. Jest to ziemia niczyja i żadne z państw nie ma zamiaru przykładać do tego skrawka kamienistej pustyni swojej ręki.

Jeżeli ktoś chce przejechać na drugą stronę – droga wolna, twoje ryzyko. Tylko najlepiej, żebyś miał samochód z napędem na 4 koła, bo trasa jest kamienista, nierówna i wyboista. Jak znalazł dla miłośników off-roadu. Nie każdy ma samochód terenowy – trasą tą przejeżdżają na co dzień setki samochodów osobowych, jak nasz mercedes, a także autobusy i ciężarówki. Niektórzy idą pieszo.

Czy te wszystkie wraki pojazdów obserwowane po drodze to ofiary własnej ciekawości, które zjechały z wytyczonego kiedyś szlaku w poszukiwaniu szybszej drogi i wjechały na minę? Raczej nie. Większość z nich to porzucone pojazdy, które z jakichś bardzo niejasnych powodów formalnych nie mogły wjechać do Mauretanii, ani wrócić do Maroka. A zużyty sprzęt i śmieci – no cóż, tak to już jest w tej części świata, że nikt się tym nie przejmuje.

Gorzej, jeśli twój pojazd odmówi ci posłuszeństwa posrodku no man’s land. Możesz wtedy liczyć tylko na siebie, swój fach w ręku, narzędzia, które masz ze sobą, i być może łut szczęścia.

DSC01712

Granica

Mimo późnego popołudnia słońce mocno grzeje. Mocniej niż w Maroku. Większość pograniczników chowa się w cieniu jednej z wież strażniczych.

Na całe szczęście polityka wizowa kraju nie zmieniła się w ostatnich dniach i mogłem kupić wizę na granicy. 120 EUR zabolało mnie strasznie, za to budżet mauretański musiał się ucieszyć. Oprócz wykupienia wizy musiałem jeszcze udać się do małego budyneczku, w którym zarejestrowano mój wjazd na dysku antycznego komputera i wpisano mnie do wielkiej księgi gości Islamskiej Republiki Mauretańskiej.

Potem jeszcze szybka wymiana waluty w oczekiwaniu na wizytę w kolejnym posterunku.

Potem jeszcze wizyta w innym budyneczku na granicy, w którym wpisano mnie do kolejnego systemu i wbito pamiątkową pieczątkę do paszportu. Do dziś zastanawiam się, czy gdyby nie podarunek w wysokości 1000 MRO, który schowałem między stronami paszportu za radą kierowcy, nie utknąłbym na granicy do wieczora. Pogranicznik wyglądał na ewidentnie niezadowolonego, że musiał zabrać się do pracy, a kazdy musiał wyczekać na swoją kolej.

Potem jeszcze wizyta u w sąsiednim pokoju, w którym znowu wpisywano dane paszportowe do kolejnego systemu.

Potem jeszcze wizyta u komendanta policji, któremu trzeba było wyjaśnić skąd, dokąd, po co i jak. Ni w ząb nie rozumiał po angielsku ani rosyjsku, poza nazwami miejsc, które miałem w planie odwiedzić. Większym problemem było wytłumaczenie, że w Nouadhibou będę spał u hosta w ramach couchsurfingu (tutaj rada – w dzikich krajach dobrze jest zapisać sobie wszystkie dane hosta, w tym pełne imię i nazwisko, adres, nr telefonu, a nawet wykonywany zawód), a później – gdzie popadnie i jak się uda.

Tym sposobem znalazłem się w końcu w Mauretanii.

W nastepnym wpisie: Nouadhibou, czyli afrykańskie miasto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *