powyżej: olbrzymia lokomotywa SNIM wjeżdża na stację


Pocztówka z Afryki 13: Mauretańskie pociągi, cz. 1 |

Podróżowanie mauretańskimi pociągami towarowymi przez pustynię było najlepszą częścią afrykańskiej przygody. Krajowa sieć połączeń kolejowych to obejmuje tylko jedną linię kolejową, ciągnącą się przez 700 kilometrów pustyni. Pociągi kursują na wschód od położonego na wybrzeżu Noadhibou, aby w okolicach miejscowości Choum skręcić na północ w  kierunku kopalni żelaza znajdujących się w okolicach miejscowości Zouerat. Każdego dnia dwie potężne lokomotywy ciągną setki wagonów towarowych w stronę wschodzącego słońca, aby następnego dnia wrócić z wagonami pełnymi rudy żelaza. Kilkaset wagonów, w każdym kilkadziesiąt ton urobku ciągnie się każdego dnia w stronę wybrzeża. I tak każdego dnia, co najmniej dwa kilometry węglarek wypełnionych prawie po brzegi żelazem.

W prawie każdym wagonie siedzi jakiś Mauretańczyk. Dla niektórych jest to jedyny sposób na dostanie się z wybrzeża wgłąb kraju (lub na odwrót). Tym samym pociągiem chciałem dostać się z Noadhibou do Choum.

Pociągi, według internetów, miały podobno odjeżdżać każdego dnia w okolicach godziny 14.00. Kierowca, z którym jechaliśmy z Ad Dakhli do Nouadhibou powiedział mi, że w tym miesiącu pociągi raczej odjeżdżają koło 15.00. W dniu zaplanowanego odjazdu Oumar powiedział mi, że spokojnie mogę pójść na dworzec o godzinie 16.00. Ale w ogóle najlepiej będzie, jak on zadzwoni do swojego znajomego, który ma jakiegoś kolegę pracującego na kolei – i on powie, czy dzisiaj ten pociąg na pewno będzie odjeżdżał. W ogóle, to po co tak mi się spieszy, przecież mogę pojechać jutro. Albo pojutrze, lub za kilka dni. Oumar stwierdził, że skoro już muszę jechać dzisiaj, to najlepiej, żebym pojechał na dworzec położony tuż za miastem i zobaczył, czy siedzą tam jacyś ludzie. Jeśli tak, to na pewno czekają na pociąg, w przeciwnym wypadku nikt by tam nie siedział. A jeśli nikogo nie będzie, to spokojnie mogę wracać do Nouadhibou, pojadę sobie kiedyś tam indziej.

DSC01923
Pasażerowie czekający na zatrzymanie się pociągu.

Na szczęście, na stacji kolejowej czekało trochę ludzi, a z każdą godziną przybywało podróżnych. Tego dnia pociąg odjedzie – to było pewne. Nieco później, niż planowano, bo ostatecznie w okolicach godziny 18.00 wieczorem wyruszyliśmy ze stacji w Nouadhibou. Mniej więcej na kwadrans przed przyjazdem wzdłuż torów kolejowych ustawiona było kilkaset osób. Część z nich to podróżni ze swoim dobytkiem, pozostali to rodzina i przyjaciele, którzy przyjechali się pożegnać. Jedni podróżują samotnie, inni z przyjaciółmi lub rodziną, a inni wiozą jeszcze ze sobą bagaż, który nadaje się wyłącznie do przewozu wagonem towarowym. Weźmy dla przykładu Mahmouda i Arifa – podróżowali we dwójkę wgłąb kraju, wioząc ze sobą kilka olbrzymich pakunków, cztery kozy, prowiant na drogę i materac, żeby wygodnie im się podróżowało.

DSC01873
Spróbuj przewieźć taki bagaż w PKP Intercity.

Kiedy słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, większość podróżnych wyciągnęło ze swoich tobołków baniaki z wodą, aby obmyć stopy i dłonie. Długo wyczekiwany pociąg zastał wielu Mauretańczyków klęczących z twarzą zwróconą na wschód, w stronę Mekki. Zanim liczący spokojnie i ze sto węglarek skład się zatrzymał, minęło dobre kilkanaście minut od chwili, gdy minęła mnie pierwsza z lokomotyw ciągnących cały skład (a były ich dwie).

Większość podróżnych zaczęła ładować swój dobytek do najbliższego im wagonu towarowego, gdy tylko pociąg się zatrzymał. Było ich aż nadto, dla każdego wystarczyło. Ci, którzy chcieli podróżować w bardziej komfortowych warunkach musieli się ustawić w kolejce do jedynego wagonu pasażerskiego i liczyć na to, że starczy miejsca dla nich, a konduktor nie stwierdzi, że tamten pan stojący obok to tak jakoś bardziej zasługuje na podróż wagonem osobowym.

Z Michałem miałem do dyspozycji cały wagon – wielkości niedużego pokoju. Po rozłożeniu bagaży i karimat zostało jeszcze dużo miejsca. Można było spokojnie posiedzieć, poleżeć, zjeść na kolację jedną z paskudnych konserw zagryzanych wyschniętą bułką. Liczyć wagony mijanego pociągu. Albo też po prostu podziwiać ciągnący się przez setki kilometrów krajobraz pustyni o zachodzie słońca.

DSC01994
Widok na Saharę o zachodzie słońca. Jak romantycznie.

Podróżowanie mauretańską koleją to nie są same przyjemności. Chociaż węglarka jest duża, nie ma w niej wifi, ani z trudem szukać jakiegokolwiek wagonu restauracyjnego w pobliżu. Po schowaniu się słońca za horyzont, temperatura drastycznie spada w dół, a wrażenie zimna potęguje wiatr spowodowany pędem pociągu (przypomnijmy: nie ma zamykanych okien, drzwi, ani nawet dachu). Za toaletę musi służyć przeżarty rdzą otwór w dnie na drugim końcu węglarki. Uciążliwy jest też wszechobecny piach i pył. Pędzący skład pociągu wzbija w górę chmurę piasku spod kół, a z wagonów unoszą się resztki rdzawego pyłu, który pozostał po rozładowaniu grud rudy żelaza w porcie w Noadhibou. Mieszanka pyłu i piasku dostaje się wszędzie – do oczu, do nosa, do ust – zostawiając rdzawy posmak, do otwartej puszki z konserwą czy do pokrowca z aparatem.

Najgorsze jest jednak to, że w pociągu niemiłosiernie szarpie. Byliśmy w jednej z ostatnich węglarek, od lokomotywy dzieliło nas około półtora kilometra. Za każdym razem, gdy pociąg przyspieszał, słychać było przeraźliwy huk, porównywalny z odgłosem przelatującego odrzutowca, zakończony metalicznym zgrzytem. Oczywiście, żadne wojskowe samoloty nie latały tuż nad nami. Przyspieszająca lokomotywa za każdym razem gwałtownie szarpała przyczepiony do niej wagon, a ten kolejny, a tamten znów kolejny, i tak kilkadziesiąt razy, za każdym razem ze zwiększoną siłą. Szybko się nauczyłem, że po usłyszeniu gwałtownego huku najlepiej usiąść na podłodze, bo jak szarpnie, to spokojnie można było przelecieć na drugi koniec wagonu lądując na żelaznej ścianie.

W ciągu dnia nie przeszkadza to zbytnio, problematyczne staje się to dopiero w nocy. Kiedy mimo przeciągu i ciągłego telepania uda się zmrużyć oczy i zasnąć na chwilę, za pewien czas słychać znowu znienawidzony huk. O, zaraz walnie, myślisz sobie. Po kilku sekundach swoista fala przechodzi przez wagon, w którym próbowałem zasnąć, a przez ciało przechodzi wstrząs, który definitywnie wybudza ze snu. Rzucam soczystą wiązankę pod nosem i próbuję zasnąć chociaż na kwadrans, zanim motorniczy znów nie postanowi przyspieszyć i pobawić się w afrykańskiego Mad Maxa.

 

DSC01860
na deser: polecono nam, abyśmy dobrze się ubrali przed podróżą. Podstawa to zakryć twarz, oczy, włosy, i w ogóle całe ciało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *