powyżej: wschód słońca nad pustynią, widok z kupy żelaza wiezionej przez żelazną kolej


Pocztówka z Afryki 13: mauretańskie pociągi, część druga |

Udało się dostać w głąb mauretańskiej Sahary, trzeba jeszcze stamtąd wrócić. Droga przez stolicę, Nouakchott była o wiele dłuższa i możliwe, że równie uciążliwa co podróż pociągiem i jeepem przez pustynię. Nie zostało nic innego, jak zapakować się do Hiluxa i ruszyć w druga stronę, z Ataru do Choum, a później znaleźć miejsce w którejś z węglarek pociągu jadącego z Zouerat do Nouadhibou. Droga powrotna okazała się nieco szczęśliwsza – z Michałem byliśmy jedynymi pasażerami w samochodzie (opłata za przejazd była jednak nieco wyższa), więc do Choum dojechaliśmy nie tak sponiewierani jak kilka dni wcześniej po nocnej jeździe na pace jeepa.

Choum w nocy tylko na pierwszy rzut oka wydaje się być opustoszałe. Pomimo tego, że nocą panują tam egipskie ciemności, wieś nie śpi, a liczne sklepiki wokół głównego placu są nadal otwarte. W każdym z nich można kupić kilka rodzajów owoców, mąkę, jakieś napoje czy przekąski. W środku nocy raczej nikt nie robił już żadnych zakupów, ale właściciele sklepików korzystali z okazji, aby móc porozmawiać ze swoimi znajomymi z konkurencji.

Pociąg jadący z kopalni przyjechał na stację około godziny 23. Wzdłuż wagonów widać było pojedyncze światła latarek – byli to podróżni udający się w podróż do Nouadhibou. Wsiedliśmy do najbliższej węglarki i spróbowaliśmy jakoś znaleźć jakieś miejsce na kupie rudy żelaza. O dziwo, nie było tak wygodnie, jak można się spodziewać, a na dodatek w pełni załadowany pociąg jechał wyraźnie wolniej nie szarpiąc co kilkanaście minut. Dzięki temu udało mi się zdrzemnąć na parę godzin.

DSC02897
Grudka rudy. W nocy strasznie wbijają się w plecy i ogólnie są niewygodne.

Obudziłem się i wstałem z prowizorycznego miejsca do spania, składającego się z alumaty i płachty tropiku starego namiotu razem z pierwszymi promieniami jutrzenki. Razem ze mną na horyzoncie pojawiły się sylwetki innych ludzi, którzy spali w innych wagonach.

Poranek

I wtedy go zobaczyłem. Najpiękniejszy wschód słońca, jaki kiedykolwiek widziałem. Kolor nieba niewiele różnił się od koloru piasku pustyni, ale linia horyzontu, przecięta pośrodku przez ciemną sylwetkę jadącego pociągu, wyraźnie oddzielała granicę ziemi od nieba. Na niebie powoli rozgrzewała się wielka, pomarańczowa kula słońca. Za kilka godzin będzie o wiele wyżej, będzie świecić o wiele jaśniej, grzać będzie po stokroć mocniej.

DSC02918

Zabawa w skoki

Pociąg jechał przez kilkaset kilometrów wzdłuż granicy pomiędzy Mauretanią a Marokiem (Saharą Zachodnią), skręcając później na południe, w stronę Nouadhibou. Przed przyjazdem do tego miasta widziałem, że trasa pociągu przecina drogę prowadzącą do granicy, a z samego przejazdu kolejowego jest tam naprawdę blisko. Spieszyło się nam na jedyny autobus odjeżdżający tego dnia do Marrakeszu, a pozostała gotówka nie wystarczyła na wzięcie taksówki z Nouadhibou. Zaproponowałem, żebyśmy wyskoczyli z pociągu niedaleko przejazdu kolejowego. Wokół sam piach, momentami pociąg zwalniał i dosłownie toczył się po torach ślimaczym tempem. To skaczemy.

Nie był to dobry pomysł.

Zszedłem na najniższy schodek węglarki i skoczyłem na piasek. Łup. Widzę potem, jak Michał wyrzuca mój plecak, swój plecak, butelki wody, a na koniec sam schodzi po drabinie i skacze na dół. Niby pociąg jechał powoli, niby nie było wysoko, niby wiem jak po latach treningów dobrze wykonywać pady. Siła uderzenia była tak duża, że przez kilkanaście sekund po wylądowaniu straciłem kompletnie orientację. Później przez tydzień miałem wielkiego siniaka na całe ramię. Poszedłem zobaczyć, jak ma się mój współtowarzysz – bez większych strat, rozciął sobie tylko rękę. Poszedłem zebrać nasze rzeczy porozrzucane wzdłuż torów, gdy tylko pociąg przejechał.

I pojawił się problem. Duży problem.

Gdy tylko minął nas ostatni z wagonów, po drugiej stronie torów stało już dwóch żołnierzy z karabinami. Brawo Łukasz, nie pomyślałeś, że skacząc z pociąg jadącego przy granicy mogą być przypały. Mało tego – akurat przy miejscu, gdzie tory skręcały na południe i pociąg zwalniał, znajdował się punkt obserwacyjny straży granicznej. Witam się z żołnierzami, pokazuję paszport, wizę, fiszki, mówię – turysta, idę do granicy. Coś odpowiadają po arabsku. Potem mówią coś po francusku i dokładnie sprawdzają dokumenty. Jeden z żołnierzy pokazuje – usiądźcie na ziemi. Trzeba czekać.

Umorusani po podróży w wagonie towarowym z pewnością nie wzbudzaliśmy zaufania. Nie mogliśmy znaleźć wspólnego języka ani wyjaśnić, kim jesteśmy, skąd jedziemy i dokąd zmierzamy. Żołnierze próbowali zadzwonić do któregoś ze swoich znajomych, którzy mówią po angielsku, a my do naszego hosta z Nouadhibou, który mówi po arabsku. Nic z tego nie wyszło.

WP_000105
Brudny, nieumyty, niewzbudzający zaufania.

To masz babo placek. Na pewno nie będziemy szybciej na granicy, niż gdybyśmy normalnie, jak ludzie, wysiedli na stacji w Nouadhibou i znaleźli transport do przejścia granicznego. Ba, nie wiadomo było, czy nie wrzucą nas profilaktycznie do jakiejś celi na dobę lub pięć, aby dać nauczkę, że w Mauretanii takich głupot się nie robi. Albo jeszcze gorzej. Kiedy siedzisz na pustyni pilnowany przez uzbrojonych strażników, którzy nie sprawiają w ogóle wrażenia, że chcą Ci pomóc, w głowie kłębią się najgorsze myśli. Oby nas nie wzięli za przemytników próbujących nielegalnie przekroczyć granicę. Albo terrorystów. Wtedy już kurwa trafimy do afrykańskiej ciupy na amen.

Po około dwóch godzinach przyjechał komendant policji granicznej, któremu kilka dni wcześniej spowiadaliśmy się przed wpuszczeniem do kraju gdzie jedziemy, u kogo będziemy spać i co mamy zamiar zwiedzić. Porozmawiał chwilę z żołnierzami, sprawdził nasze dokumenty i chyba skojarzył, że kilka dni temu nas widział wjeżdżających ze strony Sahary Zachodniej. Uśmiechnął się i gdzieś zadzwonił. Zrozumiałem tylko, że jest dwóch gości, jeden z Polski, a drugi z Czech, po czym sobie pojechał.

A my dalej czekaliśmy po środku niczego w towarzystwie dwóch uzbrojonych, milczących mauretańskich żołnierzy. Przynajmniej coś się ruszyło w sprawie. Po kolejnej godzinie przyjechał pickup z kilkoma żołnierzami na pace. Podjechał najpierw do punktu obserwacyjnego, a jeden z żołnierzy powiedział nam łamanym francuskim, żebyśmy jeszcze zaczekali chwilę – ten jeep przyjechał właśnie po nas (a przynajmniej liczyłem na to, że tak powiedział, i że jeep zabierze nas na granicę, a nie Bóg wie gdzie). Wylewnie mu podziękowałem i dałem polskiego orzełka na pamiątkę.

 

WP_000125
Halo? Mam tu takiego jednego gościa z Polski, i jednego z Czech. Tak, jeden Polak, jeden Czech. Nie są groźni. Załatwicie im transport do granicy zanim znów narobią kłopotów.

Faktycznie niedługo przyjechał po nas ten sam jeep. Z kabiny wyszedł dowódca i przejrzał dokumenty, a że znał odrobinę angielskiego, zamieniliśmy parę słów. Gdy pokazałem mu pieczątki i wizy w paszporcie – Oman, ZEA, Pakistan, Ukraina, chyba stwierdził, że jestem swój chłop, a nie jakiś agent z Zachodu. Gdy nasz samochód dojechał do przejścia granicznego, każdy z żołnierzy, oficerów i urzędników wstawał i salutował dowódcy jednostki, który po nas przyjechał. Nie wiem, jaki miał stopień w wojsku, ale zapewne wysoki. Na mundurze miał znaczek przedstawiający skrzydła i spadochron – musiał to być jakiś ważny wojskowy z jednostki powietrznodesantowej.

Epilog

Papierologia i formalności na granicy przebiegły sprawnie, obyło się nawet bez dawania łapówki.

Udało mi się wynegocjować z jednym Mauretańczykiem, żeby przewiózł nas przez zaminowane no mans’ land za pół ceny. Nie wiem jakim cudem, ale znał język rosyjski i dzięki temu się dogadaliśmy. Zdążyliśmy na autobus do Marrakeszu. W sumie, to nie do Marrakeszu, ale do Ad-Dakhli, skąd mieliśmy od razu przesiadkę do Agadiru, a stamtąd do Marrakeszu, ale wychodzi na to samo.

Dowiedziałem się też od kogoś, o co chodziło w tym całym zamieszaniu na granicy (nie ma się co dziwić, że wszyscy rozmawiali o nas). Oczywiście, kręcenie się koło posterunków na granicy nie jest nigdy dobrym pomysłem. Skakanie z pociągu, zwłaszcza przy granicy – również. Wszystko to już samo z siebie budzi podejrzenia. Na domiar złego, byliśmy z Europy. W ostatnim czasie zdarzały się przypadki, że radykałowie islamscy z Europy przedostawali się na terytoria w Afryce kontrolowane przez terrorystów, aby wyszkolić się i przeprowadzić zamachy w Europie.

Kiedy garstka żołnierzy zobaczyła dwóch gości z plecakami skaczących z pociągu, nie dziwię się, że mieli uzasadnione podejrzenia. Długo hodowana broda jakoś nie zwiększyła mojej wiarygodności, ale kompletny brak znajomości arabskiego na szczęście już tak.

 

Za kilka dni – garść porad praktycznych (na wypadek, gdyby ktoś chciał się przejechać koleją w Mauretanii)

One thought on “Mauretańskie pociągi, cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *