powyżej: koń, jaki jest, każdy widzi. A tutaj koń w Atlasie.


Pocztówka z Afryki 14: Atlas, cz. 1 – rozgrzewka

Do głowy wpadł nam taki pomysł, gdy planowaliśmy podróż przez północną Afrykę – wracając z Mauretanii do Maroka będziemy mijali pasmo Atlasu Wysokiego. To  tylko 60 kilometrów na południe od Marrakeszu. Na dodatek  można zdobyć Jebel Toubkal, najwyższy szczyt Afryki Północnej (4.167 m). Jedziemy? Jasne, że tak.

Miało to być moje pierwsze w życiu zetknięcie z wysokimi górami. Rodziło to trochę obaw, bo ostatnim szczytem, na który zawitałem była Wielka Sowa (1.014 m) w Sudetach. Nie przypominam sobie, żebym był wyżej niż na Śnieżce. Kondycję jako taką mam, w wysokich górach nigdy nie byłem. Dopiero miało się okazać, jak reaguję na duże wysokości i rozrzedzone powietrze. Spokojnie, uspokajał mnie Michał, jego znajomi byli na szczycie niedawno i to nic trudnego. Dwa dni marszu – najpierw kilka godzin do schroniska, następnego dnia krótka i stroma wspinaczka na szczyt, a potem  spokojny powrót na dół.

Problemy zaczęły się już przed wyjazdem. Michał zgubił aparat ze zdjęciami z Mauretanii, więc musiał pofatygować się w dniu wyjazdu na dworzec autobusowy, aby zapytać, czy może ktoś coś gdzieś widział. Droga na dworzec to gGodzina drogi w jedną stronę, łącznie – dwie godziny w plecy.

DSC03030
Zaraz będzie ciemno!

Z Marrakeszu wyjeżdżamy po 11. Planowaliśmy wyjechać przed 9, żeby spokojnie dojechać do Imlil przed południem i zdążyć do schroniska jeszcze za dnia. Imlil to takie jakby marokańskie Zakopane. Kierowca jadący wypchanym po brzegi  mercedesem próbował ścigać się z samochodami terenowymi na górskich serpentynach w drodze do Imlil, nie raz pakując się na czołówkę. Jego brawurowe manewry zaniepokoiły nawet rodowitych Marokańczyków jadących w góry. Jeśli miejscowi się denerwują, to znaczy, że faktycznie kierowca przegina z brawurową jazdą.

Do Imlil docieramy po 13. Właściciel sklepu ze sprzętem wspinaczkowym zagadał nas, czy nie potrzebujemy niczego na drogę. Próbował wcisnąć czekany, czapki, rękawice i Bóg wie, co jeszcze. Ostatni odcinek drogi  na Jebel Toubkal, pomiędzy schroniskiem a szczytem, był oblodzony, dlatego skusiliśmy się na dwie pary raków. Handlarz co do jednego miał rację – raki były nam potrzebne, bez nich nie weszlibyśmy na szczyt. Zapomniał dodać, że w schronisku również można wypożyczyć sprzęt. Nieco drożej, ale w takim wypadku płaci się tylko za jeden dzień wypożyczenia sprzętu.

Przed 14 byliśmy już na szlaku. Brawo, można śmiało powiedzieć – o tej porze powinno się myśleć już o powrocie z trasy. Zaczynamy z wysokości 1.700 m n.p.m., czeka nas 2,5 kilometra przewyższenia i 6-7 godzin marszu do schroniska. Nie było dużo czasu. Była połowa grudnia, co oznaczało najkrótsze dni w roku, a na dodatek podchodziliśmy od północnej strony przez dolinę. Początkowo szliśmy szeroką, równą drogą, a następnie odbiliśmy na szlak przecinający dolinę rzeki. Na razie trasa nie była zbyt wyczerpująca – szlak ubity, niezbyt stromy. Wycieczka w wysokie góry w grudniu po południu początkowo wydawała się łatwa, ale szybko zmierzające ku zachodowi słońce jasno dawało nam do zrozumienia, że trzeba się sprężyć.

Po godz. 16, akurat gdy dotarliśmy do Sidi Chamharouch, ostatniej osady na trasie, słońce schowało się za wierzchołkami otaczających gór i zaczęło robić się zimno. Zimno na zasadzie – gdy się zatrzymasz i chwilę ochłoniesz, przestaje być fajnie, a wszystkie schowane w cieniu strumyki są zamarznięte.

Sidi Chamharouch to mała osada, a jej nazwa miejscowości pochodzi od wielkiego, pomalowanego na biały kolor kamienia, który jest miejscem poświęconym Chamharouchowi, miejscowemu bożkowi, sułtanowi dżinnów. Jego kult jest nadal obecny w niektórych górskich rejonach Maroka.

DSC03074
Czekolaaada! Daje moc, aby iść dalej naprzód. Bardzo tania i niezbyt smaczna.

Sidi Chamharouch jest niemal idealnie w połowie drogi do schronisk pod szczytem, a jednocześnie jest to ostatni punkt, w którym można po drodze zatrzymać się, aby zjeść coś ciepłego czy zatrzymać się na noc. Duże znaczenie ma też położenie – osada jest na wysokości ok. 2.400 m, więc powoli można zacząć już czuć działanie rozrzedzonego powietrza. Dalsza droga w stronę schroniska będzie już trudniejsza – węższa, bardziej kamienista i stroma. Wysokość też robi swoje, bo im wyżej, tym szybciej się męczymy. Mimo tego, najgorsze i tak było przed nami.

Schroniska jeszcze długo nie było widać, było coraz ciemniej i coraz zimniej. Tata mnie dawno temu nauczył, że w nocy po górach się nie chodzi, dlatego chciałem jak najszybciej dotrzeć do schroniska niedaleko przełęczy. Nie ma znaczenia, że jesteś zmęczony i głodny. Odpoczniesz sobie później. Wyczekiwany widok świateł z okien schroniska był jak wybawienie. Zostało tylko kilkaset metrów, aby mieć dach nad głową, wypić ciepłą herbatę i zawinąć się w ciepły śpiwór.

Ciężko jednak wypocząć na wysokości prawie 3 i pół kilometra, a brak apetytu spowodowany dużą wysokością skutecznie zniechęca do jedzenia czegokolwiek. Zmusiłem się, żeby zjeść swoją porcję prowiantu, nastawiłem budzik na 5 rano i owinięty w śpiwór i koce próbowałem zasnąć i wypocząć trochę przed jutrzejszym atakiem na szczyt.

Michał gorzej zniósł wysokość, gdy tylko przekroczył próg schroniska usiadł i nie chciał się nigdzie ruszać. Jutro czekała mnie samotna wspinaczka na szczyt.

Na razie parę zdjęć. Później zabieramy się w drogę na wierzchołek Jebel Toubkal.

DSC03007
Rozlewisko rzeki w dolinie. Na początku jest płasko.
DSC02967
Skoro jest płasko, to jeszcze można się cieszyć. Ahoj przygodo! Potem będzie zimno, stromo i smutno.
DSC03057
Sidi Chamharouch. Ostatnia szansa na przystanek w drodze do schroniska.
DSC03087
Za tym zakrętem, jeszcze kawałek drogi i zza skał wyłonią się mury budynku schroniska.
DSC03081
Kóz więcej niż ludziów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *