powyżej:  przerwa na odpoczynek


 Pocztówka z Afryki 14: Atlas, część 2 – Jebel Toubkal

Na szczyt Jebel Toubkal musiałem wyruszyć sam. Śniadanie składające się z reszty porcji chleba, konserwy rybnej i odrobiny czekolady w ogóle mi nie smakowało. Zbyt krótki czas na przyzwyczajenie się do rozrzedzonego powietrza zrobiło swoje. Wstałem z trudem, na dzień dobry zmęczony. Nic nie jadłem, a nie byłem głodny. Wiedziałem, że muszę zjeść pożywne śniadanie, żeby mieć siłę, żeby wejść na najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego, ale nie miałem w ogóle apetytu i poranne śniadanie nie sprawiło absolutnie żadnej przyjemności.

Przede mną było kilka godzin stromej drogi na szczyt, podobno „niezbyt trudnej technicznie„. Zamulając nad śniadaniem patrzyłem, jak kolejne grupy z przewodnikami wyruszają na szlak na szczyt Jebel Toubkal. Gdy już udało mi się wmusić w siebie śniadanie, to biegiem do toalety. Nie wiedziałem, że tak szybko można przetrawić posiłek!

Choroba wysokościowa pokonała Michała i postanowił zostać. Pożyczyłem jego rękawice i umówiliśmy się wieczorem w Imlil.

Ruszyłem w drogę i szybko dogoniłem grupkę wyglądającą na Marokańczyków. Okazało się, że byli obywatelami Szwecji, ale ich rozmowy brzmiały bardziej jak prowadzone w języku arabskim niż po szwedzku. Podczas postojów wymieniliśmy się prowiantem, czekolada za herbatniki. Po pewnym czasie rozdzieliliśmy się, ponieważ w pewnym momencie zdali sobie sprawę z tego, że zgubili jednego członka drużyny. Po prostu postanowił sobie usiąść i odpocząć, ale zapomniał o tym powiedzieć reszcie.

Na dzień dobry strome podejście pod przełęcz szybko wybudza z porannego marazmu i porządnie daje w kość. Naprawdę było to czuć, że z każdym kolejnym metrem przewyższenia jest trudniej – krótkie odcinki są coraz to bardziej i bardziej męczące.

Po niecałej godzinie marszu przychodzi pora na założenie raków. Północny stok jest pokryty warstwą grubego i zmrożonego śniegu. Handlarz, którego spotkałem dzień wcześniej miał rację – bez raków można by tylko zakląć pod nosem, poślizgać się po lodzie i zejść w dół ze spuszczoną głową.

DSC03132
Tę stromiznę będe przklinał do końca życia.

Wspinanie się w rakach na początku sprawia czystą radość. Pomimo tego, że stok jest stromy, mam bajeczną przyczepność. Stalowe zęby wbijają się w zmrożony śnieg na całą głębokość. Nic się nie kruszy, osuwa ani nie sypie pod nogami. Droga ze schroniska na szczyt to ledwie kilka kilometrów, ale prawie 1.000 metrów przewyższenia. Z czasem coraz częściej spoglądałem na zegarek – czas mijał, a szczyt nadal był daleko. Im bliżej celu, tym trudniej. Szybciej się męczyłem, trudniej było złapać oddech, nogi stawały się coraz cięższe, a przejście krótkiego odcinka męczyło jak sprint na kilkaset metrów. Nie było siły, musiałem się zatrzymać i złapać oddech, żeby móc iść dalej. Wymyślałem sobie w głowie różne strategie, jak ułatwić drogę, ale nic nie pomagało. Ani szybki marsz aż do utraty tchu, ani taktyka 100 kroków przerywanych krótkim odpoczynkiem. Pełzałem na szczyt zatrzymując się co pewien czas. Im bliżej wierzchołka, tym częściej.

Na szczęście szlak na szczyt jest dobrze widoczny, podobnie jak  cała trasa przez to pasmo Atlasu. Ciężko jest się zgubić. Słońce świeciło i grzało dosyć mocno, dlatego prawie nie odczuwałem zimna.

Tuż pod szczytem dogoniłem grupę brodaczy. Na pytanie, skąd są, chcieli, żebym próbował zgadnąć, jak jest ich ojczyzna.

Please, don’t say that we are from Pakistan. Kto nie lubi Pakistanu? Oczywiste.

You must be from India.

Wybuchnęli śmiechem. No man, we’re from Saudi Arabia.

Co robią faceci z Arabii Saudyjskiej na szczycie Jebel Toubkal? Przecież na co dzień mieszkają na płaskiej pustyni Półwyspu Arabskiego i liczą petrodolary. A tutaj – zamiast w ubrań szejków – pełne stroje alpinistyczne, na głowach wełniane czapki zamiast chust. Mieszkańcy Europy jeżdżą na górskie wyprawy  w Alpy, a mieszkańcy Arabii Saudyjskiej w Atlas lub Himalaje.

DSC03145
Co robi Saudyjczyk w górach?

Wejście na szczyt zajęło mi ponad cztery godziny. Spróbowałem chwilę odetchnąć, popodziwiałem widoki na południowe pasmo Atlasu, zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem na dół. Nic tu więcej po mnie, a droga do schroniska i dalej do Imlil daleka. Dokładniej – jakieś 15 kilometrów.

Po drodze kilku tragarzy chciało mi wcisnąć usługę transportu bagaży na dół na grzbiecie muła. Grzeczną odmowę i tłumaczenie, że nie mam pieniędzy traktowali jako zachętę do negocjacji i próbę przehandlowania mojego plecaka, karimaty albo pożyczonych raków. Do miasteczka Imlil dotarłem niedługo po zmroku, gdzie czekał na mnie Michał i właściciel sklepu alpinistycznego z mim prawem jazdy, wypatrując mnie niosącego parę żółtych raków.

Zawsze zastanawiałem się, jakie to uczucie po zdobyciu jakiegoś wysokiego szczytu. Czy wpada się w jakiś stan nieopisywalnego, ekstatycznego szczęścia i satysfakcji, jaki odczuwają zawodowi alpiniści godząc się na nadludzki wysiłek i ryzyko utraty zdrowia i życia? E tam. Po prostu szczyt zdobyty, świetnie, że się udało, a teraz chcę już zejść na dół o pooddychać normalnym powietrzem. Jeżdżąc po górach na rowerze, kiedy wjeżdżasz na szczyt, to przynajmniej wiesz, że zaraz czeka nagroda – szybki zjazd w dół. Tutaj tylko żmudna droga w dół. Wracając na dół myślałem sobie – ok, wystarczy. Zobaczyłem, jak to jest, szału nie ma.

Po dwóch dniach zacząłem myśleć, kiedy będę mógł tu wrócić i spróbować jeszcze raz. Albo jakie inne szczyty można by spróbować zdobyć.

DSC03138
Po wejściu na grań zostało ostatnie, skaliste podejście na szczyt. Zostawiłem plecak i raki i poszedłem na górę. Gdy wróciłem, obok leżała już kupka innego sprzętu zostawionego przez kolejnych wspinaczy.
DSC03141
Widoki numer 1
DSC03137
Widoki nr 2

w następnym wpisie: porady o chodzeniu po wysokich górach (od kogoś, kto się na tym nie zna, ale przynajmniej spróbował)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *