powyżej: „honorowy” pomagier.


Pocztówka z Afryki 17: Dobry, zły, brzydki |

Prolog. Ten Dobry (Armenia i Pakistan)

Jedną rzecz zapamiętam do końca życia z moich pierwszych podróży na bliższy (Armenia) i dalszy wschód (Pakistan) – niezależnie, czy byli to Ormianie, Pendżabczycy czy Pasztuni, za każdym razem spotykałem się z niesamowitą serdecznością ze strony przypadkowo napotkanych ludzi. Każdy chciał porozmawiać, opowiedzieć o swoim mieście, zaprosić na kawę do domu, przedstawić rodzinę, zaprosić na obiad w gronie znajomych. A nawet proponowali, żeby ich odwiedzić, spędzić wspólny czas, zostać na noc i poznać rodzinę. A w ogóle – to zostać na tydzień lub miesiąc, pojechać na wesele poznać dalszą rodzinę.

Zwłaszcza zaskoczyło mnie to w Pakistanie. Leciałem z obawą, że trafię do kraju pełnego złych islamistów, ale szybko się przekonałem, że włos mi tu z głowy nie spadnie, a powiedzenie gość w dom, bóg w dom  jest traktowane, tak, jak być powinno (o czym więcej można przeczytać tutajtutaj).

Akt I. Ten zły (Marrakesz i Tanger).

Zakodowałem sobie nierozerwalne połączenie kultury wschodniej i/lub muzułmańskiej z gościnnością. Jeśli ktoś chciał pomóc, coś pokazać – to znaczy, że chciał to zrobić. Byłem przygotowany, że zwyczajowo w Maroku daje się  mały napiwek (bakszysz) za faktycznie udzieloną pomoc. Szybko przekonałem się, że gościnność i chęć pomocy są pozorną fasadą, kryjącą nachalność i próby wyłudzeń.

Pod tym względem Marrakesz był najgorszy. Słowa czy w czymś Ci pomóc były tylko przykrywką dla daj mi pieniądze. To niesamowite, jak szybko można zepsuć pozytywną opinię i ogólne wrażenie o mieszkańcach swojego kraju (gdzie generalnie Maokańczycy cieszą się dobrą opinią). Dużo czasu mi nie zajęło przestawienie się na myślenie dam sobie radę i nie mam ochoty nikogo poznawać oraz stanowcze odmawianie jakimkolwiek próbom pomocy czy nawiązania kontaktu.

Podobnie w Tangerze – z ludzi napotkanych na ulicy porozmawiałem dopiero z Mahmoudem z tangerskiego biura turystycznego. Spokojnie, mówił, jestem z oficjalnego biura, więc nie musisz się niczego obawiać. Jak już tu jesteś i chcesz, mogę Ci pokazać parę miejsc, bo akurat skończyłem pracę.

Fajnie. Rozmawiamy o naszych rodzinach, o polityce, a co chwilę słyszę: Tu mieszkał Keith Richards. A tu Henri Matisse. Mahmoud przypominał mi trochę sympatycznego dziadka po amfetaminie. Rozgadany i hiperaktywny. Idziemy jeszcze tu. I jeszcze tam.

Po powrocie do al-qasbah słyszę na pożegnanie: Dzięki wielkie, a teraz daj mi trochę pieniędzy i niech Allah będzie z tobą.

Że jak?

To taki zwyczaj, odpowiada, mówimy niech Allah będzie z tobą na pożegnanie. To ile euro możesz mi dać?

Nie miałem ani zamiaru, ani wolnej gotówki na płatnego przewodnika. Ale nie ma problemu, tam jest bankomat. Możesz wziąć 20 lub więcej euro.

Słuchaj, jeżeli chciałeś świadczyć usługi przewodnika, czyli oprowadzić po mieście za wynagrodzeniem, to powinieneś powiedzieć o tym na początku i podać cenę. Wtedy powiedziałbym: dobrze, albo nie jestem zainteresowany, albo jeszcze negocjowalibyśmy cenę. Jeśli chcesz zapłaty, to powinieneś od razu to powiedzieć. A tak myślałem, i miałem prawo myśleć, że chcesz pokazać parę miejsc w swoim mieście i porozmawiać. I za to się nie płaci.

Oburzył się, powiedział, że nigdy z czymś takim w życiu się nie spotkał, jeszcze mnie wyśmiał i sobie poszedł.

Akt II. Ten Brzydki, część pierwsza. (Tanger)

Po wielogodzinnym łazikowaniu po mieście znalazłem park i walnąłem się z plecakiem pod palmą. Popołudniowe, grudniowe słońce fajnie grzało.

Mój prywatny raj zakłóca czyjaś sylwetka, zasłaniająca słońce.

Psst, chcesz zapalić trochę haszu?

Nie, dziękuję – odpowiadam.

Słuchaj, a mogę chociaż sobie tutaj usiąść i z tobą porozmawiać? Poćwiczę trochę swój angielski.

Mój rozmówca okazuje się być sympatycznym, starszym panem. Abdul to taki typ rolnika-przedsiębiorcy. Prowadzi swoje gospodarstwo w górach Rif. Większą część roku spędza doglądając swoich zbiorów w górach, a po czasie, nazwijmy to żniw i przygotowania produktów, wynajmuje na kilka miesięcy mieszkanie w Tangerze i sprzedaje swój towar.

Nie ufa zbytnio miejscowym, bo zawsze może być jakaś wtyka policji, więc rozmawia tylko z turystami. Ostatnio nawet zaprosił do siebie parę z Niemiec na święto Id-al Adha i zarżnął dwa barany, aby wyprawić im tradycyjną ucztę.

Siedzimy razem łapiąc ostatnie promienie słońca.

Trzeba umieć cieszyć się z tego, co daje nam życie, powiedział Abdul. Z tego, że dzisiaj nam tak fajnie świeci słońce, z tego, że mogliśmy się spotkać i porozmawiać dzisiaj. Z tego, że niedługo wrócę do domu i swojej żony, z tego, że obydwaj cieszymy się zdrowiem. Skoro tak Allah chciał, to mamy szczęście.

Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, każdy z nas ruszył w swoją stronę. Abdul stwierdził, że dzisiaj już nie ma co pracować i wróci do mieszkania.

Akt III. Ten Brzydki, część druga. (Tanger)

Na początku dnia w Tangerze natknąłem się na podejrzanie wyglądającego gościa. Dżinsy, skórzana kurtka, facjata przypominająca Rona Pearlmana.

Zgubiłeś się może? Pokazać Ci drogę?

Idąc w drugą stronę, znowu on.

Jeśli szukasz fortu, to idziesz w złą stronę.

Na początku, pomny doświadczeń z Marrakeszu, udaję, że nie  zwracam uwagi. Kolejny raz spotkaliśmy się wieczorem. Ja szedłem w stronę centrum, a marokański Ron Pearlman siedział z paląc papierosy pod drzwiami kamienicy.

Znowu się widzimy, jak się masz? Chodź, usiądź z nami.

Po wcześniejszym spotkaniu z Abdulem pomyślałem, co mi szkodzi.

marokański Ron Pearlman miał na imię Yussuf. Od razu stwierdził, że musiałem mieć jakieś złe doświadczenia z naciągaczami, bo inaczej bym go nie unikał. Od razu mnie przeprosił za takie zachowania jego rodaków.

A to jest jego dzielnica. On się tutaj wychował, to jego dom, więc dla niego sprawą honoru jest zaoferowanie pomocy przyjezdnym. Od razu zapytał – czy jestem głodny – tuż obok sprzedają świetne naleśniki z marmoladą, kupię ci parę. Jeśli chcę zapalić, tytoń lub inne rzeczy, chętnie poczęstują. Czy mam miejsce do spania, czy mam jakąś rezerwację. Bo jeśli nie, to mogę spokojnie zatrzymać się u jego rodziny.

Yassin opowiada mi o starym, prawdziwym Tangerze. O tym, jak od wieków był mekką przemytników i innych ludzi z półświatka. O tym, jak bardzo jest inny w odróżnieniu od reszty kraju, bardziej otwarty na świat. O tym, jak szczerze nie cierpi drobnych naciągaczy i oszustów, którzy nie mają honoru i psują opinię wszystkim Marokańczykom. O tym, że w swoim życiu kieruje się prostymi zasadami – dotrzymywać słowa, nie kłamać, nie oszukiwać. Nieważne, jakiej jesteś narodowości, czy wierzysz w Allaha czy Jahwe.

Yussuf opowiadał też o dzisiejszym życiu w mieście. O tym, że za panowania nowego króla, Muhammada VI, jest o wiele lepiej niż za jego ojca, Hassana II, który był prawdziwym despotą i dyktatorem. Yussuf pokazuje na przejeżdżający mały samochód. W środku byli tajniacy. Dzisiaj możemy sobie tak siedzieć i rozmawiać w grupce na ulicy. Dawniej to już nie do końca było takie oczywiste, każdy z byle powodu mógł trafić do więzienia.

Pokażę Ci coś, powiedział.

Wyciągnął z kieszeni kurtki portfel, a z niego duże, złożone na cztery części zdjęcie jasnowłosej kobiety.

To moja żona. Już niedługo do niej wrócę, jeszcze kilka miesięcy.

Okazuje się, że Yussuf dawno temu wyjechał do Niemiec i tam założył rodzinę i jakoś ułożył sobie życie. Pracę miał dosyć ryzykowną – zajmował się przemytem na linii Niemcy-Holanda-Francja i w końcu trafiła kosa na kamień. Ekstradycja i dwa lata więzienia. Najgorszy jednak był zakaz wjazdu na terytorium Unii i Niemiec.

Yussuf wrócił więc do Tangeru, w rodzinne strony. Mieszka w mieszkaniu siostry i wspomina swoją młodość w mieście szpiegów. Czeka aż będzie mógł wrócić do żony. Jeszcze tylko kilka miesięcy.

Do zobaczenia kiedyś w przyszłości, mówi, miejmy nadzieję, że w Europie. A jeśli w najbliższych miesiącach będziesz w Tangerze, to wiesz, gdzie mnie szukać. Zabierz swoją dziewczynę, na pewno się jej spodoba.

Epilog

Mówią – nie oceniaj książki po okładce. To samo dotyczy ludzi. Co zabawne, najlepsi ludzie, których poznałem w Maroku, najuczciwsi i najbardziej szczerzy byli z marokańskiego półświatka. Paradoks.

*imiona bohaterów zostały zmienione

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *