Islandia. Tam, gdzie wszystko się zaczęło |

Przy okazji sobotnich wspominek i dumania nad życiem w czwartkowy wieczór przypomniał mi się wyjazd sprzed kilku lat na Islandię, wyspę lodu i ognia. Zaczęło się od wymiany studenckiej w ramach programu Erasmus najdalej gdzie się da od domu, a skończyło  – obudzeniem pewnego bakcyla podróżniczego. Gdzieś w głowie przestawił się włącznik, że jak się chce – to wszędzie można pojechać. Albo polecieć. Albo dopłynąć. W mastępnych kilku wpisach garść zdjęć i informacji z najciekawszych odwiedzonych miejsc na Islandii.

Zacznijmy jednak od garści informacji o kraju:

Islandia jest wyspą europejską, raczej wulkaniczną. „Europejskość” można traktować nieco na wyrost – technicznie rzecz biorąc, najbliżej stąd jest do Ameryki Północnej, a konkretnie Constable Point na Grenlandii (nie licząc Wysp Owczych).  Zabawne jest to, że Islandczyków jest tylko 300 tysięcy, czyli pół Wrocławia. Nawet Maltańczyków jest więcej, chociaż swoją ojczyznę – również wyspą – mają dużo mniejszą. Dostać jest się tam łatwo, bo latają tam nawet tanie linie lotnicze w sezonie letnim. Na miejscu jest już trochę gorzej, bo jak na warunki polskie jest dosyć drogo. Gdy jednak pracuje się i zarabia w lokalnej walucie, wszystko jest w zasięgu ręki.

Grimsey
De Havilland Twin Ottter na lotnisku na wyspie Grimsey. Do niektórych miejsc łatwiej jest dostać się samolotem.

Przed kryzysem w 2008 r. i całym tym zamieszaniem z bankami Polacy stanowili najliczniejszą mniejszość narodową – prawie 10%. Znakomita większość z nich przyjechała tu na początku lat ’90, są więc oni niemal tacy jak ‚locals’.

Islandczycy są bogaci i wyluzowani. Domy nie są ogradzane, przed drzwiami wejściowymi stoją grille, rowery, walają się piłki do nogi. Jeżdżą dużymi amerykańskimi pickupami, jeepami, azjatyckimi Toyotami i różnymi europejskimi samochodami. Mają jedną autostradę dookoła wyspy (można nią jeździć w obie strony), ale, generalnie, wiele z tych dróg, które są asfaltowe jest połatanych z paroma dziurami tu i ówdzie.

A, zapomniałbym – asfalt jest tylko w miastach i na głównych drogach. Reszta to drogi bite. Pełen offroad (nawet lokalne pks-y kursujące przez wyspę są dostępne w wersjach terenowych).

Płaci się tu w islenskich krónach. Na monetach są ryby, kraby i zwierzątka, na banknotach smutni panowie. W skrócie, cenę sklepową dzielimy na 4, a potem na 10. Albo na odwrót. Ceny nie są tu aż tak zabójcze, ale to zależy od produktów.

Cała Islandia jest geotermalna. Wyobraźcie sobie – budujecie dom, wbijacie rurę w ziemię i już macie gorącą wodę. Wtykacie wtyczkę w ziemię i macie prąd – po prostu bajka. I serio, tak to tutaj wszystko działa, chociaż oczywiście schemat jest uproszczony. Trochę.

Informacja: wszystkie zdjęcia z Islandii robione były leciwym Sony DSC-HX1 z 9,1 MP matrycą, sensorem 1/2.4 cala i wbudowanym obiektywie o ekwiwalencie ogniskowych 28-560 mm (20x zoom). Czyli bardziej rozbudowana idiotenkamera.


To pierwszy wpis z serii odgrzewanych kotletów. Więcej o życiu na Islandii możecie przeczytać tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *